
Dziedzina, jaką jest korupcja ma swoje szczególne cechy i uwarunkowania społeczne, polityczne i etyczne. Prawo ma doprowadzić do tego, żeby ludzie postępowali zgodnie z przyjętymi normami etycznymi. Tylko, że już od starożytności występują niemalże równolegle dwie koncepcje natury człowieka, do której trochę później dołączyła jeszcze trzecia koncepcja. W zależności od tego, jaką koncepcję w danym momencie wyznaje ustawodawca i stosujący prawo, trochę inaczej wygląda nie tylko litera prawa, ale przede wszystkim jego stosowanie.
Jedna koncepcja głosi, że człowiek jest z natury dobry i trzeba tylko usunąć przeszkody, które się przed nim piętrzą, a wtedy wszystko będzie w porządku. Ten sposób rozumowania nie jest zupełnie pozbawiony sensu. Wiadomo przecież, że przeregulowanie pewnych zjawisk, zwłaszcza w kwestii ingerencji państwa w procesy tworzenia i funkcjonowania podmiotów gospodarczych powoduje natychmiastowe pojawienie się problemu korupcji. Jeśli na wszystko trzeba mieć uznaniowe zezwolenie, to trudno sobie wyobrazić, by ten, który wydaje takie zezwolenia, nie był wodzony na pokuszenie. Opowiadał mi znajomy minister, że w pewnej, bardzo wrażliwej dziedzinie gospodarki wprowadzono koncesje i zezwolenia. Z ustawy wynikało, że minister wydaje takie zezwolenie, kiedy ktoś się do niego zwróci. Nie było specjalnych limitów. Pewnego dnia, przyszedł ten znajomy minister do pracy i zobaczył kolejkę. Od pracowników ministerstwa dowiedział się, że jest to kolejka po te właśnie zaświadczenia. Okazało się, że dyrektor zarządził, by wydawano je tylko dwa razy do roku, w styczniu i w lipcu. A co wtedy, kiedy ktoś potrzebuje koncesji w październiku? Wtedy, odpowiedziano mu, sprawy załatwia dyrektor osobiście. Innymi słowy, nadmierna regulacja w jakiejkolwiek dziedzinie powoduje korupcję. Czyli, w tym sensie można powiedzieć, że jak się przeszkody zniesie, to będzie lepiej.
Odmienna koncepcja głosi, że człowiek z natury jest zły i chodzi tylko o to, by tak ograniczyć jego swobodę działania, żeby te jego złe cechy nie wyszły na jaw.
Wreszcie, według trzeciej koncepcji, którą wprowadził Jan Jakub Rousseau, człowiek, kiedy się rodzi nie jest ani dobry ani zły. Jest białą kartą i dopiero doświadczenie, życie, wychowanie, prawo kształtuje go takim, jaki jest.
Jak to jest z tą naturą człowieka, to do końca nie wiadomo, ale zauważmy, że liberałowie reprezentują pogląd o dobrej naturze człowieka, konserwatyści - o złej naturze, a socjaliści - różnie. W rezultacie, w zależności od tego, jakie prądy dominują w danym okresie w danym kraju, treści ustawodawstwa wychodzą z różnych punktów aksjologicznych. Oprócz tego, w różnych krajach są różne tradycje. My, na kontynencie europejskim jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że między prawem a moralnością, czy etyką istnieje stosunek taki, jak pomiędzy dwiema dziedzinami bliskimi, ale w gruncie rzeczy nie przecinającymi się. Prawo i moralność to są osobne materie. Najwyżej, od czasu do czasu, ustawodawca, jak już nic innego nie może zrobić, to najbardziej rażące wystąpienia przeciwko sferze moralności reguluje prawnie. To nie jest przypadek, że jeśli chodzi o korupcję to, na kontynencie europejskim, zgodnie ze starą tradycją, cała regulacja zamykała się w jednym, dwóch czy trzech artykułach kodeksu karnego. Kiedy zajrzymy do starych encyklopedii administracyjnych czy to francuskich, czy niemieckich, polskich albo rosyjskich to jest prawie pewne, że nie znajdziemy tam hasła „korupcja”. Nawet jeśli znajdziemy, to jedynie ze skromnym komentarzem, że w przypadku korupcji podlega się karze z artykułu tego i tego. W literaturze zachodnioeuropejskiej jeszcze sprzed trzydziestu, czterdziestu lat można przeczytać, że korupcja jest, ale nie we Francji czy w Niemczech, tylko w krajach komunistycznych i kolonialnych.
Drugi punkt widzenia, anglosaski, jest zupełnie inny. W tamtej tradycji nigdy nie doszło do zerwania związku pomiędzy prawem a moralnością. Tak, jak mawiali starożytni Rzymianie, prawo to jest w gruncie rzeczy szczególna postać moralności. Na tej zasadzie oparte są reguły w prawie anglosaskim, łącznie z tym, że obok sztywnego w miarę systemu Common Law jest system Equity, który opiera się na słuszności. Wprowadza on do porządku prawnego elementy moralności.
Skutki tych różnic pomiędzy systemem kontynentalnym a anglosaskim są następujące. Jeśli w kraju europejskim politykowi czy urzędnikowi wykaże się, że uzyskał jakąś korzyść w sposób mało uczciwy, ale nie ma na tyle silnych dowodów, by wytoczyć mu sprawę karną, to nic z tego w zasadzie nie wynika. Prasa może o tym napisze, przeciwnicy się oburzą, ale jest domniemanie niewinności i dopóki się kogoś za rękę nie złapie, to nie można mówić, że jest nieuczciwy. Czasem nawet taka afera politykowi pomaga.
Natomiast w krajach anglosaskich jest dokładnie odwrotnie. We Francji, na przykład, taki proces jak Clintona byłby nie do pomyślenia. Ta sprawa wykazała wprawdzie, że wrażliwość etyczna ma nawet w tamtejszym społeczeństwie swoje granice. Niemniej jednak, sam fakt, że powołano specjalnego prokuratora i wydano miliardy dolarów na coś, co w kraju europejskim skończyłoby się na kilku artykułach w brukowej prasie, jest dowodem na silne poczucie związku pomiędzy prawem a moralnością. Jeśli w Europie urzędnik wziął łapówkę, ale go na tym nie złapano, to nic się nie działo. Zupełnie inne podejście było w krajach anglosaskich i nie jest przypadkiem, że właśnie stamtąd przychodzą systemowe i aksjologiczne rozwiązania dotyczące korupcji.
Pierwszy problem jest taki, że każda władza powoduje chęć wykorzystania jej do uzyskania korzyści materialnej czy też innej w sposób nielegalny. Czyli im mniejsza władza, tym mniejszy problem korupcji.
Drugi problem dotyczy konfliktu interesów. Konflikt interesów jako pojęcie, wokół którego konstruuje się różne prawne rozstrzygnięcia, pojawił się początkowo w krajach anglosaskich. Zakładano tam, że jeśli ktoś znajduje się w kilku rolach, które są potencjalnie konfliktowe, bo każda z nich polega na realizacji innych interesów, to pojawia się niebezpieczeństwo, że ten ktoś, występując w jednej ze swoich ról, sam załatwi sprawę, która interesuje go w innej roli. Do takiej sytuacji najlepiej więc w ogóle nie dopuszczać. Funkcjonariusz publiczny, polityk, sędzia czy prokurator nie może prowadzić więc działalności gospodarczej, nie może dysponować określonymi pakietami akcji czy udziałami w spółkach, nie może podejmować się innych zajęć, choćby nieodpłatnych, w określonych organizacjach. Nie może też przyjmować podarunków ani robić mnóstwa innych rzeczy, które każdy inny obywatel może. Ta regulacja, początkowo bardzo etyczna, obecnie staje się coraz bardziej techniczna. Wiadomo komu, na jakim szczeblu wolno, wpisując do rejestru korzyści, przyjmować jakie podarunki.
Podobne zasady chcieliśmy wpisać w 1994 roku do projektu ustawy o służbie publicznej. Wtedy minister Olechowski, który jest człowiekiem bardzo jowialnym oburzył się: „ Jak to, to ja sam nie mogę lepszej whiskey przyjąć?”. Tutaj rzeczywiście pojawia się problem bardzo szerokiego ingerowania w sprawy osobiste osób pełniących funkcje publiczne po to, by zniknął konflikt interesów pomiędzy wykonywaniem zadań urzędowych, które wymagają bezstronności i obiektywności a prywatnymi, partykularnymi interesami.
W krajach anglosaskich nad stałym wiązaniem problematyki prawa i moralności ciąży tradycja konserwatywnego myślenia. Skoro, zgodnie z tą tradycją człowiek jest z natury rzeczy zły, to trzeba stworzyć mu rozmaite zapory, które uniemożliwią nieetyczne działania. Ten sposób myślenia, który kiedyś wydawać się mógł nieco egzotyczny, teraz staje się rzeczą normalną.
W podręczniku, który napisałem wspólnie z profesorem Michałem Kuleszą po raz pierwszy umieściłem rozdział pt. „Administracja publiczna a etyka”. Wydaje mi się bowiem, że nie może być to materia wyłącznie ustawodawstwa karnego, konwencji międzynarodowej, czy czegokolwiek innego Obecnie jest to również materia prawa administracyjnego i to nie tylko w aspekcie przepisów o statucie urzędnika publicznego, które mówią, że urzędnik ma przestrzegać konstytucji i przepisów prawa. Ma również zachowywać się godnie w pracy i poza nią, a na polecenie przełożonego wskazywać, jaki majątek posiada (ustawa o pracownikach urzędów państwowych, wersja z dn. 16 września 1982 r.). Podobnie jest w ustawie o służbie cywilnej, tak pierwszej, jak i w nowej z dnia 18 grudnia 1998, która wchodzi w życie 1 lipca tego roku. Jest tam również mowa o tym, że Rada Służby Cywilnej wyraża opinię w sprawach etyki zawodowej korpusu służby cywilnej.
Pojawiają się więc w naszym ustawodawstwie próby regulacji. Instrumenty, jakie w tym zakresie można wykorzystać polegają na tym, że jeśli urzędnik dopuści się czegoś nagannego, związanego z konfliktem interesów, to wchodzi w grę odpowiedzialność karna lub dyscyplinarna. Są to instrumenty tradycyjne, działające u nas tak, jak działają. Przykładowo, jak tylko wprowadzono w Polsce odpowiedzialność karną za łapownictwo czynne, to momentalnie okazało się, że łapownictwa u nas nie ma. Jeśli karze się i tego, który daje i tego, który bierze, to nie ma w ogóle zainteresowanych ujawnieniem sprawy.
Mamy tzw. ustawę antykorupcyjną z 21 sierpnia 1997 o ograniczeniu działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne. Ta ustawa jest już drugą ustawą antykorupcyjną (pierwsza była uchwalona w 1992 r.). Dotyczy ona całego szeregu funkcjonariuszy publicznych, przede wszystkim ze sfery administracji publicznej. Dotyczy również członków korpusu służby cywilnej. W ustawie zawarty jest cały szereg nakazów i zakazów dotyczących osób nią objętych. Nakazy to konieczność ujawnienia stanu majątkowego przed przyjęciem danego stanowiska i wpisywania się do rejestru korzyści majątkowych w trakcie pełnienia danej funkcji. Najistotniejsze są jednak zakazy, czyli ograniczenia polegające na niemożliwości prowadzenia działalności gospodarczej we własnym imieniu, posiadania określonej liczby akcji czy udziałów, zasiadania w organach stanowiących spółek z udziałem publicznym. Uregulowanych jest też wiele innych sytuacji, łącznie z zasiadaniem w organach stanowiących fundacji prowadzących działalność gospodarczą. Różne potencjalne konflikty interesów starano się więc w tej ustawie określić i opatrzyć sankcjami. Podobne przepisy dotyczące osób pełniących stanowiska z wyboru znalazły się w odpowiednich przepisach o wykonywaniu mandatu posła i senatora, w ustawie o samorządzie gminnym, ustawie o samorządzie powiatowym, ustawie o samorządzie wojewódzkim.
Jakieś przepisy antykorupcyjne już więc mamy. Czy są one jednak wystarczające, czy funkcjonują, czy regulują choćby kwestię uzyskiwania korzyści majątkowych? Odpowiedź na te pytania brzmi: oczywiście nie. Co jakiś czas mamy tego przykład. Nagle się okazuje, że jakiś wysoki urzędnik „testuje” samochód. Nie uzyskał żadnej korzyści majątkowej, żadnego prawa rzeczowego. Inny „testuje” taryfę telefoniczną specjalnie dla niego stworzoną. Nasze przepisy w tym zakresie milczą. Według przepisów amerykańskich, które jeszcze parę lat temu wydawały się nam zupełnie kuriozalne i śmieszne, jeśli urzędnik dostanie butelkę whiskey, to musi ocenić jej wartość. Jeśli jest wyższa niż wolno mi przyjąć, to musi ją oddać do magazynu, a jeżeli wolno mu ją przyjąć, to i tak powinien ją wpisać do rejestru korzyści majątkowych. Jeżeli podlega to podatkowi od darowizn, to oczywiście musi ten podatek zapłacić.
Osobie pełniącej służbę publiczną w Stanach Zjednoczonych nie wolno podejmować po jej zakończeniu pracy w sektorze niepublicznym, w zakresie związanym z tym, co wykonywała w sektorze publicznym. Aby nie było tak, że dyrektor departamentu zajmującego się koncesjami następnego dnia po odejściu ze stanowiska jest już dyrektorem firmy ubiegającej się o koncesję. Wprowadzone są więc różne blokady, okresy karencji, trwające dwa, trzy lub pięć lat. Takie regulacje są tam zupełnie oczywiste i normalne.
Daleko nam jeszcze do tego typu rozwiązań. Co więcej, jest duży kłopot z realizacją tych przepisów, które już zostały uchwalone. Na przykład, problemy z radnymi, którzy robią wszystko, żeby się na coś „załapać”. Społeczne przekonanie, że dopóki sąd nie skarze kogoś prawomocnym wyrokiem, to jest on niewinny, a nawet uczciwy, jest również sporym problemem.
Łatwiej jest radzić w kategoriach systemowych. Tu wiadomo, co trzeba zrobić. Trzeba przebudować ustawodawstwo z sensem i zgodnie z określoną aksjologią oraz doświadczeniami innych. Co ma jednak zrobić obywatel, kiedy spotka się z przypadkiem korupcji? Mamy przepisy o instytucjach kontrolnych. Inspekcji jest w naszym kraju wiele, ale warto pamiętać przede wszystkim o NIK, kontroli skarbowej i prokuraturze. Warto również pamiętać o ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. W świetle aktualnie obowiązującego ustawodawstwa, czynem nieuczciwej konkurencji jest również uzyskiwanie decyzji korzystnych dla swojej sytuacji rynkowej przy pomocy nieuczciwych środków.
Kolejna sprawa to przepisy o zamówieniach publicznych, które są fatalnie napisane. Nie dość więc, że praktyka w tej dziedzinie jest korupcjogenna, to dodatkowo przyczynia się do tego mała czytelność tych przepisów.
Co ma więc robić obywatel, kiedy spotka się z ofertą: „Załatwię to panu, ale...”. Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Jedna z podstawowych zasad żywego prawa głosi, że nie chodzi o to, aby mieć rację, ale o to, by wygrać proces. Procesu się nie wygra, jeśli nie ma dowodów. A jakie można znaleźć dowody na łapownictwo? Jeśli ktoś nie da, to nie ma sprawy. Jeśli zaś da, to sam podlega odpowiedzialności karnej. Na tym polega problem.
W moim przekonaniu, podstawową sprawą jest domaganie się sensownych, systemowych zmian w porządku prawnym. Zmiany te powinny iść w dwóch kierunkach. Jeden to wprowadzenie przepisów ograniczających potencjalną korupcję związaną z konfliktem interesów. Drugą sprawą jest deregulacja. Im mniej bowiem spraw władza publiczna będzie załatwiała i to w sposób dyskrecjonalny, tym mniejszy będzie problem korupcji.
Kiedyś, w czasach tzw. prywatnej inicjatywy, na wszystko trzeba było mieć zezwolenie. Wszystko było ściśle reglamentowane. Nie tylko rozpoczęcie działalności, ale również przydział materiału itp. Ustawa o działalności gospodarczej te ograniczenia przekreśliła i wprowadziła zaledwie kilka koncesji. Co jakiś czas okazuje się zresztą, że pomimo wymaganej koncesji czy zezwolenia na jakąś działalność, największe znaczenie ma konkurencja. Nie tak dawno była sprawa w Szczecinie. Chodziło tam o dopuszczenie do holowania statków kogoś, kto miał już zezwolenie. Zezwolenie na wykonywanie usług holowniczych w portach morskich jest najstarszym, jaszcze przedwojennym przepisem koncesyjnym w prawie polskim. Może je dostać każdy, kto spełni odpowiednie wymogi. Ale dla tych, którzy już takie zezwolenia mają i usługi wykonują, „nowi” stanowią zagrożenie. Nie jest więc tak, że sami tylko urzędnicy są zainteresowani utrzymywaniem tego korupcjogennego sytemu. Zainteresowani są również inni. Jak widać ten aspekt deregulacji pociąga za sobą koszty po stronie tych, którzy już się trudnią danym zajęciem, ale na tym polega wolny rynek.
Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Problematyka antykorupcyjna jest obecnie coraz szerzej reprezentowana w prawie międzynarodowym. Istnieje cały szereg agencji, które się tym zajmują. Istnieje także wiele standardów Unii Europejskiej w tej dziedzinie. Dotyczą one przepisów antykorupcyjnych w odniesieniu do organów i funkcjonowania Unii Europejskiej, ale mówią również o pewnych skutkach korupcji. Wchodząc do Unii będziemy musieli te wszystkie standardy przyjąć, a tak się składa, że ani nasze prawo bankowe, ani ordynacja podatkowa nie są z nimi zgodne.
Należymy, poza tym, do bardzo ważnej konwencji OECD z grudnia 1997 o zwalczaniu korupcji czy łapownictwa transgranicznego. Polska współtworzyła tę konwencję i zobowiązała się, że do 31 marca 1998 włączy ją do wewnętrznego porządku prawnego. Czyli po pierwsze: dostosuje do niej ustawodawstwo, a po drugie: ratyfikuje ją. Do dzisiejszego dnia konwencja ani nie jest ratyfikowana, ani nie wprowadzono żadnych zmian w ustawodawstwie. Bez tej konwencji w większości krajów, także w Polsce, było by tak, że jeśli np. przedstawiciel firmy amerykańskiej da polskiemu urzędnikowi decydującemu o sprawach ważnych dla tej firmy łapówkę, a ten urzędnik ją przyjmie, to wówczas nasz urzędnik będzie podlegał karze na podstawie polskich przepisów. Natomiast Amerykanin będzie podlegał karze tylko wtedy, jeśli przyjedzie do Polski i zostanie złapany. W USA jego czyn nie jest przestępstwem, bo amerykańskie przepisy mówią tylko o przekupywaniu tamtejszych urzędników. Tak samo, danie w Polsce łapówki urzędnikowi UE, ONZ czy funkcjonariuszowi amerykańskiemu też nie jest karalne według prawa polskiego. Takie sprawy reguluje właśnie konwencja. Ponad 20 państw ją podpisało, kilka wywiązało się już z obowiązków z niej wynikających, a u na sprawa „leży”.
Należy stworzyć międzynarodowy mechanizm walki z korupcją. Istnienie korupcji w jakimś kraju i jej tolerowanie, chociażby ze względu na luki systemu prawnego, powoduje zaburzenie reguł gry ekonomicznej nie tylko w tym kraju, ale wszędzie indziej. To, że rynek jest globalny, powoduje, że kraje konkurują na różnych polach. Jeden podatkami, drugi tanią siłą roboczą, trzeci tym, że nie ma żadnych dodatkowych kosztów prowadzenia działalności, żadnej nieprzewidywalnej uznaniowości. Takie kraje jak nasz nieprzypadkowo więc tracą w różnych rankingach, między innymi z tego powodu.
Jeśli chodzi o przelanie postanowień konwencji OECD na prawo polskie, to różne projekty dotyczące tego, co trzeba zrobić od ponad roku leżą i czekają. W wielu sprawach, m.in. w tej jest w naszym kraju ogromna inercja. Sądzę, że wynika ona z niewiedzy. Jedyny sposób to uporczywe mówienie na ten temat. Dla Państwa, którzy tu jesteście te sprawy są oczywiste, ale czy naprawdę można na ten temat tak dużo przeczytać?
Dodatkowo, niezależnie od tego, jaki jest charakter człowieka, należy unikać sytuacji korupcjogennych. To nie jest tylko nasz problem. Tak samo jest w innych krajach kontynentu europejskiego. Element edukacyjny, przekonywanie społeczeństwa, a przede wszystkim rządzących, że ten problem rzeczywiście istnieje jest bardzo istotny. Ten proces powoli postępuje. To, co w Stanach Zjednoczonych było już sto lat temu, dopiero dwadzieścia trzydzieści lat temu przyszło do nas. Taka ustawa antykorupcyjna byłaby w Polsce nie do pomyślenia. Było coś wspomniane w konstytucji, czym się poseł nie może zajmować, coś w ustawach samorządowych, coś w ówczesnej ustawie o Państwowej Służbie Cywilnej, ale te regulacje były rozproszone. Generalne założenie było takie, że jeśli się kogoś nie złapie i nie skaże prawomocnym orzeczeniem sądu albo komisji dyscyplinarnej, to wszystko jest w porządku. W tej chwili już tak nie ma. Obecnie można już się zastanawiać, czy dany poseł wpisał coś do rejestru korzyści czy nie. Tych zmian już się nie cofnie, niezależnie od ruchów politycznych, jakie u nas nastąpią.
Mamy tu więc do czynienia z pewnym postępem, ale ten postęp jest zdecydowanie za mały. Dlatego działalność edukacyjna, polegająca na tym, że kto może i chce powinien na te sprawy zwracać uwagę, jest tak istotna. To musi rozchodzić się jak najszerzej. Jeden napisze to w książce o administracji publicznej, a inny powie to na sesji rady gminnej. Być może to drugie będzie ważniejsze i skuteczniejsze.
Swego czasu razem z mecenasem Stefanowiczem współredagowaliśmy dokument, który miał być ważnym dokumentem politycznym, przy czym, z różnych powodów takim się nie stał. Dokument nosił nazwę „Uczciwe państwo”. Było w nim również to, o czym tu mówimy i jakiś efekt niewątpliwie przyniosło. Ustawa z 1997 roku nie jest tak zupełnie bez związku z tamtym dokumentem z roku 1995. Wydaje się więc, że jest to właściwy sposób działania. Jeśli obywatel czuje, że opinia publiczna ma takie zapatrywania, inaczej zachowuje się wobec problemu korupcji. Morale urzędnika też jest wtedy inne. On się już pewnych rzeczy nie ośmieli zrobić.
Proszę Państwa, nigdzie nie zwalczono do końca problemu korupcji. Tego się nie da się zrobić, bo zdaje się, że jednak człowiek jest z natury zły. Jeśli więc wyjdzie się z takiego założenia, to ustawodawca nie powinien po prostu stwarzać pokus. Powinien natomiast tworzyć ograniczenia, coraz bardziej subtelne i wyrafinowane, bo i całe zjawisko powoli takie się staje. To już nie jest sprawa petent Kowalski - referent Wiśniewski. Zjawisko jest znacznie bardziej zaowalowane, bo przecież pojawia się, poza korupcją indywidualną, korupcja zinstytucjonalizowana. Jeśli korumpuje firma ponadnarodowa i to w pięćdziesięciu krajach jednocześnie, to jest to zupełnie inne zjawisko.
Mamy też do czynienia z korupcja polityczną i to w obie strony. Urzędników się korumpuje, żeby służyli danemu układowi politycznemu, ale z drugiej strony stanowiska urzędowe służą do napędzania pieniędzy danemu układowi politycznemu. Ten, kto dostał urząd z nominacji politycznej, musi coś potem „odpalić” swoim mocodawcom. To nie jest tylko nasze zjawisko. We Francji występowało od zawsze, ale dopiero teraz zaczyna się o takich faktach mówić i je ujawniać. We Włoszech korupcja również występowała od zawsze, za czasów Mussoliniego również. Akcja „Czyste Ręce’, która wywołała dużo szumu, chociaż nic wielkiego z niej nie wyszło, jest dowodem na to, że co jakiś czas ten problem musi wystąpić.
W istocie, to nie jest tak, że wyda się raz świetne przepisy i problem zniknie. Nie zniknie, bo to zjawisko ewoluuje, przybiera różne postacie i coraz bardziej wychodzi poza ramy powiatu, gminy, państwa. Staje się bardziej globalne i w skali jednego kraju tego problemu już nie można już rozwiązać. Po to m.in. istnieje OECD, organizacja podobno najbardziej rozwiniętych krajów świata, do której należymy. OECD tym różni się od innych organizacji międzynarodowych, że instrumenty konwencyjne, czyli to, co ma się stać prawem obowiązującym jej członków, wykorzystuje z umiarem. Konwencji OECD jest bardzo niewiele. Tym bardziej więc, jeśli jest to rzadko stosowany instrument, a uznano, że musi być zastosowany, powinniśmy zdać sobie sprawę z wagi problemu.